Dawno, dawno temu, w kolejnej galaktyce…

Fenomen Gwiezdnych Wojen potrafi zrobić na człowieku wrażenie samymi liczbami. Obecna w kulturze popularnej od 1977 roku saga odcisnęła swój ślad chyba na wszystkim, co widzimy dookoła siebie: od kina, poprzez marketing, na wojsku i religii kończąc (te dwa ostatnie odwołania do Gwiezdnych wojen raczej ciężko traktować poważnie, aczkolwiek od 2007 roku w Teksasie istnieje oficjalnie zarejestrowana świątynia Jedi, co jest całkiem niezłym osiągnięciem). Nowa Nadzieja i jej następcy wywrócili świat do góry nogami, po czym mija lat czterdzieści i możemy pójść do kina na dziesiąty już film osadzony w uniwersum Lucasa. Są tacy, którzy chwalą najnowsze produkcje za wysoki poziom, gwiazdorskie obsady i niesamowite efekty specjalne. Jednocześnie negatywne opinie stały się bardziej powszechne niż kiedykolwiek: Gwiezdne wojny są atakowane jednocześnie za odtwórczość i innowacyjność, za odcinanie kuponów, za “sprzedanie się” Disneyowi. Obłęd? Kopanie martwego konia? A może po prostu właściwa rzecz na właściwym miejscu? W poniższym tekście spróbuję zmierzyć się z gigantycznym szaleństwem, które rozdarło fandom i podzieliło miłośników Gwiezdnych wojen jak nic wcześniej.

W dniach premiery Ostatniego Jedi fandom zdecydowanie przeżywa trudne chwile. Nie będę pisać, co sądzę o najnowszym filmie, bo nie o tym jest ten tekst. Zadziwić może, jakim jadem fani potrafią pluć w stronę nowego filmu, z jakim trzaskiem drą szaty nad akwizycją Lucasfilmu przez Disneya, z jakim kwikiem wieszczą koniec Star Wars jakie znali i kochali. Jest to zachowanie odległe od reakcji na popcornowe dziełko, na które idziemy sobie w sobotę do kina z kolegami. Fani są w ogromnym stopniu emocjonalnie (i nierzadko również finansowo) zainwestowani w Gwiezdne wojny, więc emocje budzone przez film są znaczne. Jednocześnie otwórzcie sobie jakieś media społecznościowe, Reddita, 9gaga, dzisiejsze strony internetowe. Internet pozwala głośno krzyczeć, ekstremalne czy kontrowersyjne opinie łatwo przebijają się na wierzch. Dzisiaj wszystko jest albo “the best ever” albo “obrażające”. Krytyka to już przecież od razu hejt: z drugiej strony chwalenie czegoś bardzo szybko ściąga nam na głowę liczne ad hominem urągające naszej inteligencji. Każdy może dzisiaj założyć bloga czy kanał na Youtube i zostać krytykiem. Zachowania z Internetu z kolei coraz łatwiej mieszają się z życiem codziennym (do zastanowienia się dla wszystkich, dla których ludzkie interakcje w Internecie „nie są prawdziwe” i „to tylko Internet”). Przyszło nam żyć w kulturze krzykliwej skrajności i pozostawia ona ślad również na Gwiezdnych wojnach. Jakie narzędzia dostają do rąk niezadowoleni fani w XXI wieku, widać chyba najlepiej po wynikach Ostatniego Jedi na znanym serwisie Rotten Tomatoes – pomiędzy średnią oceną profesjonalnych krytyków, a średnią oceną zwyczajnych użytkowników serwisu jest czterdzieści procent różnicy. Grupa internautów przyznała się do manipulacji wynikiem za pomocą botów, które zakładały konta i masowo wystawiały minimalne oceny, wszystko z powodu rzekomego rozwścieczenia decyzjami Riana Johnsona i potrzeby dokopania Disneyowi w możliwie najbardziej bolesny sposób. Niby śmieszna rzecz, ale robi wrażenie i to zdecydowanie niezbyt przyjemne. Mnie już nie ciekawi, co ludzie mający potrzebę nienawistnego aktywizmu z powodu nowych Star Wars mają w głowach na przykład podczas wyborów.

Fani popełniają trzy błędy, które skutecznie pozbawiają ich radości z przeżywania Gwiezdnych wojen. Pierwszym z nich jest nostalgia. Powiedzmy sobie szczerze, większość z nas zna Gwiezdne wojny z przeszłości. Byliśmy dziećmi czy nastolatkami w momencie, gdy filmy pojawiały się w kinach. Nowa Trylogia mniej więcej zbiegła się w czasie z wymianą pokoleniową. Przebudzenie Mocy pojawiło się w ciekawym momencie, bo dekadę po Zemście Sithów – za krótko, by mogła pojawić się nowa generacja fanów, ale dostatecznie długo, by dzieci pamiętające prequele przekroczyły dwudziestkę i poczuły przygniatający ciężar dorosłości (kiedy rodzice czasami przestają płacić za mieszkanie). Jesteśmy bardzo często mniej krytyczni wobec wspomnień z czasów, w których nie przywiązywaliśmy większej wagi do wad i niedociągnięć. Porównujemy nowe filmy nie do faktycznych klasyków, lecz do naszych ciepłych wyobrażeń na ich temat. Po obejrzeniu w kinie Rogue One zrobiłem eksperyment: obejrzałem sobie po kolei klasyczne Gwiezdne wojny (Despecialized Edition, aby być 100% wiernym ówczesnej wizji George’a Lucasa, bez dodawania nowinek CGI czy krzyków Vadera). Ku mojemu zaskoczeniu stwierdziłem, że te filmy wcale nie są tak dobre, jak je zapamiętałem. Są wręcz nudne, dłużą się, spokojnie mają tyle samo grzeszków i dziur fabularnych co nowe Gwiezdne wojny. Nie widzimy tych wad, bo nie chcemy ich widzieć: nie chcemy zrujnować sobie wspomnień z dzieciństwa, kurczowo trzymamy się chwil, w których “wszystko było lepsze”, czasami wręcz tęsknimy za romantycznymi wyobrażeniami o czasach, w których tak naprawdę nigdy nie żyliśmy. Pięknym przykładem na siłę nostalgii jest chociażby ogromny sukces serialu Stranger Things albo muzyki retrowave, co pokazuje ostatnie trendy w kulturze popularnej. Z nostalgią jest jednak pewien problem: powrót do wyidealizowanych, starych, dobrych czasów przez cudzą percepcję zawsze będzie niedoskonały, bo nostalgia generuje wygórowane, bardzo personalne oczekiwania, zazwyczaj niemożliwe do zaspokojenia.

Wspomniane wygórowane oczekiwania są błędem numer dwa. Nie jest to sytuacja nowa: dobrze pamiętamy, co się działo po premierze Mrocznego Widma. Jak powszechnie wiadomo, najgorszym elementem jakiegokolwiek dzieła, franczyzy, czy serii, są fani. Łatwo można znaleźć powiedzonko brzmiące “Nikt tak nie nienawidzi Gwiezdnych wojen jak fani Gwiezdnych wojen”. Osobiście spotkałem się chyba z trzema czy czterema wersjami tego tekstu, dotyczącymi innych serii, więc można chyba spokojnie uznać problem za uniwersalny. Jest to ściśle powiązane ze wspomnianym już wcześniej inwestowaniem emocjonalnym. Można by pomyśleć, że takie zaangażowanie jest głupie – w końcu to tylko filmy i to niezbyt mądre. Jednak Gwiezdne wojny nigdy nie były tylko filmami: książki, komiksy, gry, całe Expanded Universe, wszystko to dawało o wiele więcej niż sama Trylogia. Powiem wręcz, że gdyby nie to rozszerzenie, filmy nie przetrwałyby do dzisiaj. Nie bronią się. Z kolei zapoznanie się chociażby z ułamkiem dodatkowych materiałów Gwiezdnych wojen jest wysiłkiem ogromnym. To jest ponad dwieście książek, dziesiątki komiksów, seriale, przewodniki, atlasy. Można też spojrzeć na to pod zupełnie innym kątem: Gwiezdne wojny były dla nas nie tylko rozrywką, ale i rozwijały, kształtowały zainteresowania, dzięki nim poznawaliśmy innych fanów i budowaliśmy relacje międzyludzkie, inspirowały nas do własnej twórczości. Łatwo można zauważyć, że są to doświadczenia szczególnie cenne w młodym wieku (nostalgia kontratakuje). Wydaje się nam, że skoro w przeszłości saga tyle nam dała, następne części dadzą nam tyle samo. Skoro poświęciłem na Gwiezdne wojny tyle czasu, to należy mi się produkt wysokiej jakości. To oczywisty błąd – nic się nikomu nie należy poza owocami jego własnej, ciężkiej pracy. Wszystkie inne rzeczy dostajemy, łącznie z prawami do uprzywilejowanego życia bez wojen i nędzy. Świadomość tego, co się dostało, a na co się zapracowało, jest esencjonalna. Co dostaliśmy w tym przypadku? Produkt rozrywkowy, dobro luksusowe z czubka piramidy potrzeb. Ludzie nakręcili ten film, by zarobić pieniądze, pisarze napisali książki, by mieć czym zapłacić rachunki. Stąd widać jak małostkowe jest oczekiwanie, że twórcy zrobią z naszymi ukochanymi postaciami (do których nie mamy praw autorskich) dokładnie to, co mamy w głowach, bo wydaje nam się, że dobrze je znamy po skonsumowaniu dwudziestu tomów przygód Luke’a Skywalkera. Nie zgadzamy się z wizją reżysera – od tego są fanfiki i fanarty. Wpadanie z takiej okazji w publiczną wściekłość jest z kolei raczej zdecydowanie bardziej żenujące niż najgorszy fanfik.

Trzecim błędem jest elitaryzm. Ten wynika z ludzkich potrzeb: potrzeby dowartościowania się, uzasadnienia swoich wyborów, zapewnienia siebie samego o doniosłości tego, na co poświęciliśmy cenny czas. Podświadomie boimy się tego, że zmarnowaliśmy czas na bzdury, więc szukamy w nich głębszego znaczenia. Znaczenia, którego wcale nie musi tam być. Elitaryzm dokłada do tych całkiem codziennych potrzeb (każdy psycholog wam to powie) łyżkę toksyn w postaci czerpania z nich poczucia wyższości nad innymi ludźmi. Niesamowicie przykrym zjawiskiem jest obserwowanie fanów szukających poczucia własnej wartości w byciu lepszym od innych, na płaszczyźnie tak lichej jak zaangażowanie w powiedzmy komiksy Marvela, muzykę metalową, czy bycie fanatykiem wędkarstwa. To jest rozrywka, fajne zainteresowanie, źródło twórczej inspiracji, a nie walka za honor i za krew, czy kolejne sprawności przyszywane na rękawach. Warto wspomnieć tu o zjawisku tzw. gatekeepingu (nie ma w tym momencie funkcjonującego polskiego odpowiednika tego słowa) – świadomego poniżania czy marginalizowania “gorszych”, mniej zaangażowanych entuzjastów, bo “nie są prawdziwymi fanami”. Samo założenie, że ktoś miałby decydować o tym, kto jest fanem, a kto nie, jest raczej żałosne. Wydaje się wam, że te filmy są robione dla was? One nigdy nie były robione dla was! Dyrektorów wykonawczych Disneya (a wcześniej Lucasfilmu) guzik obchodzi, ile przeczytałeś komiksów i w ilu wiedzówkach zmiażdżyłeś konkurencję. Bliskim kuzynem elitaryzmu jest kontrarianizm, czyli swędząca potrzeba bycia tą jedyną osobą w pokoju, która ma inną opinię i przez to zna prawdę o świecie, wznosi się na wyżyny intelektu i zostawia idący ślepo za tłumem plebs daleko za sobą. Zjawisko jest dość zabawne przez swoją przewidywalność. Tacy ludzie będą hejtować (celowo używam tego słowa) nowe Gwiezdne wojny właściwie tylko dlatego, że są popularne. Do was już należy zastanowienie się, czy warto traktować ich opinię poważnie.

Jestem w stanie zrozumieć fanów, którzy mają problem ze skasowaniem Expanded Universe. To właśnie była ta wartość dodana Gwiezdnych wojen, za którą wielu fanatyków je uwielbia. Sam zaliczam się do tej kategorii – mój ukochany Przewodnik Po Statkach, Okrętach i Pojazdach chyba z dziesięć lat temu stracił oryginalne okładki. Dzięki niej oglądamy scenę powiedzmy z Nowej Nadziei, ale wiemy, że przelatujący speeder ma swój numer modelu i został wyprodukowany przez firmę SoroSuub, a przechodzący ulicą obcy pochodzi ze świata, którego historię znamy z Przewodnika po Planetach. Mamy na wyciągnięcie ręki świat, w którym można opowiadać swoje własne przygody. I tutaj właśnie nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że minęło to już na zawsze. Disney co prawda mocno miesza w zasadach znanych od dekad (chociażby kontrowersyjna w nowych filmach “fizyka” lotów w nadprzestrzeni), ale stara się na nowo zaludnić opowieściami odległą galaktykę: wychodzą nowe książki, komiksy, pojawiają się dodatkowe materiały. Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że książki nowego kanonu przechodzą przez zdecydowanie lepszą kontrolę jakości niż dotychczasowe dzieła Expanded Universe (no, może poza trylogią Aftermath. Ugh!) To podejście jest szczególnie ważne dla mojej organizacji: dla polskiego Bractwa Sithów świat Gwiezdnych wojen z założenia był piaskownicą. Zmiana kierownictwa może lekko przesunie nam ławeczkę czy zabierze grabki. Ale mimo to będziemy dalej budować nasze zamki z piasku, bo nas to bawi. Filmy to tylko manifestacja świata, w którym dzieje się o wiele więcej, w którym żyją nasze postacie, w którym są nasze emocje, zaangażowanie, znajomości, przyjaźnie. I dlatego uważam, że najważniejszym momentem Ostatniego Jedi jest ostatnia scena – dziecko staje z miotłą na tle rozgwieżdżonego nieba i trzyma ją jak miecz świetlny. To dziecko to każdy z nas. I chyba zapomnieliśmy, że właśnie przecież o to w tym wszystkim chodzi. Jak nie w tej galaktyce, to w kolejnej.

Autor: Lupus

This site is not endorsed by Lucasfilm Ltd. or Disney and is intended for entertainment and information purposes only. The official Star Wars site can be found at www.starwars.com. Star Wars, the Star Wars logo, all names and pictures of Star Wars characters, vehicles and any other Star Wars related items are registered trademarks and/or copyrights of Lucasfilm Ltd., or their respective trademark and copyright holders.

All original content of this site, both graphical and textual, is the intellectual property of Brotherhood of the Sith – unless otherwise indicated.