BotS jako fani

Dawno, dawno temu, w odległej Galaktyce porwano pewną księżniczkę. Na ratunek nieszczęsnej wyruszył pewien sfrustrowany młodociany rolnik, nie bacząc na potęgę wrażych sił i przepisy BHP. Tak to się zaczęło. Skończyło eksplozją. Wielkim Wybuchem, od którego powstało nowe uniwersum ludzkiej wyobraźni. Tymczasem w całkiem innej galaktycznej rzeczywistości inna eksplozja powołała do życia nowy wszechświat. Wszechświat pełen możliwości, twór ewoluujący bezustannie, którego pełnej potęgi nie pojmujemy jeszcze. Jednym z jego przejawów był Usenet. Gdzieś na przecięciu zjawisk, w okolicy punktu zwanego Premierą Nowej Trylogii, wykiełkowało Brotherhood of the Sith. Na glebie grup dyskusyjnych, tych mailowych i newsowych, na podłożu irców, obficie podlane poczuciem wspólnoty. Fani odkryli innych fanów.

Właśnie tym jesteśmy. Organizacją fanowską skupiającą miłośników Gwiezdnych Wojen. Z małym zastrzeżeniem: nie ulegliśmy wątpliwej wartości propagandzie, jakoby zbawieniem od trosk wszelakich było niewolnicze poddanie ideologii tych całych, jak im tam, Jedi. Uważamy, że jest wprost przeciwnie, to doktryna Sithów prowadzi do szczęścia i dobrobytu. Taka jest Jedyna Prawdziwa Najprawdziwsza Prawda, a kto myśli inaczej tego kęsim. Mieczem świetlnym, żeby było kanonicznie.

Oto już kilkanaście lat świetnie się bawimy. Bez zadęcia, bez nabzdyczania, oddzielając wymyślone uniwersum starwarsowe od rzeczywistości. Takie są fundamentalne zasady obowiązujące od początku istnienia organizacji. Kotów też nie pieczemy, spotkania częściej się kończą zabawą w kalambury niż składaniem hołdów, dziewice w naszym otoczeniu bywają bezpieczne, śmieszne fatałaszki ubieramy od czasu do czasu. Za to dyskutujemy o ulubionej krainie wyobraźni, czasami ktoś popełnia akt sztuki fanowskiej, budujemy bazę wiedzy o SW i takie tam pozostałe objawy bycia fanem. Głównie za pośrednictwem Internetu, lecz czasami udaje się zorganizować spotkania twarzą w twarz. Najlepiej przy kufelku schłodzonego.

Co jeszcze? No więc jest także struktura. Taka piramida, na której szczycie stoi Mroczny Lord. Bo jak Sith, to i Lord, taki kanon, z pretensjami do papcia Lucasa proszę. Pod słoneczkiem opromieniającym nas dostojną wszechwładzą siedzą sobie Lordowie zwykli. Tacy trochę gorsi od szefa wszystkich szefów, ale też persony. Następnie lecą drabinki stanowisk, tytułów aż do Nowicjuszy, co to z miotłami po katakumbach ganiają i srebra rodowe polerują. Wszystko zgrabnie pogrupowane, podporządkowane celom. Dzięki temu skutecznie dzielimy się zadaniami przy realizacji pomysłów. Przynajmniej tak głosi teoria.

No i to by było na tyle, jak zwykł mawiać nieodżałowany prof. Jan Tadeusz Stanisławski. W skrócie możemy się przedstawić, Brotherhood of the Sith, fanowska organizacja, dzień dobry. No i jeszcze jedno: Na potęgę Posępnego Czerepu! Mocy, przybywaj!