Kiedy wychodzę na scenę w ogniu błękitnej poświaty, całe otoczenie milknie i rozmywa się w szarości cienia. Nie ma już nic, co nie byłoby częścią scenografii tego miejsca, aktorami sztuki, która zaczęła się właśnie rozgrywać. Która zagościła tu wraz z moim pojawieniem się w mroku.

Skrzypiące wrota otwierają się, a ja wychodzę na scenę. Na miejsce, które, chociaż zawsze odmienne, dla mnie pozostaje zawsze tym samym… Które, otoczone pierścieniem mroku i cienia kryjącego widownię, staje się na ten czas areną wyjętą ze zwykłego strumienia czasu i przestrzeni, staje się Tym Miejscem, tym właśnie, od zawsze.

Nie ma czegoś takiego jak pamięć tego miejsca, jak wspomnienie przeszłości czy przyszłości, jak wspomnienie innych, ważnych czy mniej ważnych… Liczy się to, co rozgrywa się tutaj. Tu i teraz, a raczej wszędzie i zawsze, zawsze i wszędzie… Liczy się gra, sztuka, która zaraz się rozpocznie.

Kiedy drzwi z mroku otwierają się i wkraczam na scenę spowity moją cienistą jasnością, wiem już, jaki jest scenariusz sztuki i jaki będzie jej finał. Jestem Uhl Ehar Khoehng, Światło i Mrok, Mściciel i Przebaczający… I przychodzi mój czas.

Ciemny krąg i mgła w powietrzu, rozjaśniana blaskiem promieniującym z błękitnego ostrza, przenikająca przestrzeń i tworząca scenerię, która jest miejscem dla mojej roli. Wychodzę dla wielkiego finału, dla kulminacji sztuki i wiem, że po raz kolejny muszę odegrać swoją rolę perfekcyjnie. Wiem, że tego oczekuje i spodziewa się widownia, dla której jestem w tej chwili osią, centrum i ogniskiem skupienia całej woli i uwagi. Widownia, która kryje się za kurtyną cienia, a jednak widzi moją postać, ogarnia swoją obecnością tę jedyną scenę całej sztuki, trwa przy niej, w niej, nawet jej nie rozumiejąc. Ehar Khoehng nie musi być rozumiany, jest poza pojmowaniem wszystkich, którzy nie mieli okazji być jak ja, stanąć na scenie i wsłuchać się w szum jej ciszy. To najwyższy wymiar obecności, stać się jednym z utworem, być jednością z rolą i akcją, wyjść w mrok sceny po to, aby stworzyć punkt koncentracji lodu i ognia.

Wielu myśli że wie, że potrafiłoby zrobić tak samo. Wielu z nich, siedzących tam, jeszcze niedawno widziałoby siebie na moim miejscu… Ale kiedy tylko wrota uchylą się, pozwalając, aby Uhl Ehar Khoehng wkroczył na scenę, oni nie mają już tych złudzeń. Wiedzą, że On może być tylko jeden, i że to ja, ja nim jestem.

Pozwalam im przyjrzeć się mojej postaci jedynie przez kurtynę cienia szarości i błękitu, bo taka jest moja rola. Wychodzę dla rozegrania ostatniej sceny, z drugim aktorem, który już mnie tu oczekuje, który doprowadził swoją akcję do tej chwili. Aktorzy się zmieniają, jedni grają lepiej, inni gorzej… Jedni potrafią oddać grze całego swojego ducha, inni nie potrafią poświęcić się jej całkowicie, rozpraszają ich niepotrzebne, niechciane myśli… Nie umieją oddać się temu miejscu, tej chwili wiecznego czasu, i dlatego w krótkiej chwili tego wiecznego Zawsze – pozostają jedynie aktorami. Ja jestem jeden. Jestem Nim, a On jest Mną.

Koncentruję się na grze, jestem grą, muzyką, akcją i tłem, obrazem i poruszeniem, każdą drobiną świadomości. Sfera utworu zacieśnia się tak, by zrobić miejsce tylko dla mnie i dla… aktora. Jedynego aktora. On też ma swoją poświatę, jego ostrze płonie blaskiem, który, przyciemniony przez smugi mgły, zlewa się z błękitem mojego. Wielu jest aktorów i wiele kolorów mgły, wielu wojowników biorących udział w wielkim przedstawieniu, w najsłynniejszym przedstawieniu jakie znała Galaktyka. Wielu aktorów, dla których tylko ja jestem jeden. Wielu wojowników i magów sceny, wielu uwielbianych i wielu nienawidzonych, wielu uważających się za godnych mistrzów i wielu, którzy na tę rolę trafili przypadkiem… chociaż dla tej sztuki przypadki nie istnieją. Dla wszystkich nich jestem ja, jeden, zawsze Uhl Ehar Khoehng, Wieczny Król. Jedność z rolą, osoba z osobą, scena i dusza w jednej postaci. Finał opowieści.

Stając do walki, zawsze oddaję honor mojemu przeciwnikowi. On tego nie czuje, ale w tej krótkiej chwili istnieje jedyny czas, kiedy pozwalam sobie na wybiegnięcie uwagą poza rolę, fabułę i scenariusz, poza technikę i interpretację. Pozwalam sobie na przyjrzenie się mu przez pryzmat wszystkich ról, jakie do tej pory odegrałem, na przewidzenie, w którym momencie perfekcyjnego tańca nastąpi wielki finał. Potem nie ma już nic, poza sztuką.

To zawsze on rozpoczyna balet, daje przyczynek do idealnej roli, którą Ja będę grał, w której on będzie uczestniczył. Czekam na ten jego pierwszy ruch, który determinuje całą scenę, który pozwala publiczności poznać nas obu i spróbować wysnuć domysły. Będą starali się przewidzieć kolejne ruchy, kolejne sceny opowieści, będą łudzić się, mimo, że znają dobrze zakończenie tej sztuki. Tu jednak nie chodzi o zakończenie. Mi nigdy nie chodzi o zakończenie, ważna jest ta chwila, ważny jest każdy ruch, perfekcja każdego układu. Ważna jest gracja pierwszego zbicia ciosu, pierwszego parowania i uniku, pierwszej zastawy i pozycji po wymianie ciosów. Ważne jest błękitne ostrze miecza trzymanego w wysokiej obronie ponad głową, celujące w krtań przeciwnika-aktora, który teraz już wie, że nawet gdyby chciał zmienić kierunek akcji, porządek sztuki i zapisy scenariusza, nie ma prawa tego robić. Bo ja, Uhl Ehar Khoehng, będę czuwał, aby przedstawienie dobiegło do końca tak, jak jest to zapisane w odwiecznych księgach.

Wiele jest podobnych historii, wielu jest aktorów, niektórzy z nich grają dobrze, inni źle, jeszcze inni pojawiają się na scenie skutkiem zbiegu okoliczności czy przypadku… Przeznaczenia, powiedziałby ktoś. Teraz nie ma przeznaczenia, a drugi aktor jest jedynym aktorem, jest nim niezależnie od tego, kim był przedtem. Mógł być mistrzem swojego teatru, swojego miasta, planety, układu… Teraz musi zagrać w utworze, w którym nie można być aktorem, w którym nie wolno być mistrzem. W którym trzeba być mną.

Świetliste ostrza mieczy rysują smugi we mgle, czasem krzeszą iskry w spotkaniach, jednak głównie tańczą wokół siebie z tą niepowtarzalną gracją, jaką można uzyskać tylko w tym jednym jedynym przedstawieniu, w ostatnim przedstawieniu. Tylko ta rola pozwala im dać z siebie wszystko, pozwala i wymusza odcięcie wszystkich innych zmysłów, skoncentrowanie ich na piruetach, na długich minutach tańca i krótkich chwilach uderzeń. Nie ma miejsca na inny sposób walki, chociaż drugi aktor pragnie często wprowadzić do scenariusza jakąś zmianę, przekształcić historię na swój sposób, według swoich pragnień, wyobrażeń, czy swojej potęgi… Nie ma tu żadnej potęgi, bo jedyną władzę w tym miejscu ma Sztuka, która nie zezwala na coś, co nie jest częścią czasu, miejsca i opowieści. Nikt z nas nie ma tu władzy, ale ja jestem Uhl Ehar Khoehng, ja jestem opowieścią… Czasem i miejscem, Sztuką. Już nie rolą, ale właśnie Sztuką, każdym ruchem i każdym gestem, każdym tchnieniem… zmierzającym do finału.

Finałem jest cała ta scena, począwszy od momentu, w którym otwierają się wrota i wkraczam na scenę dramatu. Teraz jednak czas na zakończenie historii, czas na kulminację ostatniej sceny, na koniec tej opowieści, na chwilę, dla której budowana była cała wieczność.

Zakończenie jest zawsze takie samo, bo tego wymaga Sztuka, takie jest życzenie Historii. Po ostatniej wymianie ciosów, po ostatnim pełnym tańcu i ostatniej pełnej figurze odsuwam się od przeciwnika, od aktora, który rzucił wyzwanie Królowi Olch. Na ostatnie sekundy akcji rozdziela nas smuga ciemności, gdy opuszczam miecz nisko, niemal dotykając sceny, i zastygam w bezruchu. To jest prawdziwa kulminacja, której on potrafi dotrzymać tylko wtedy, gdy jest prawdziwym mistrzem. Ta chwila bezruchu w tańcu to moment, w którym wszystko milknie, zastyga w miejscu, w którym jarzą się tylko dwa ostrza i słychać jedynie ich dźwięk. Chwila, która wydaje się trwać wiecznie, jeżeli tylko wieczność potrafi trwać dokładnie tyle, ile powinna – ani chwili dłużej, ani momentu krócej. Tej chwili nie można przerwać ani przeciągnąć, ona po prostu trwa… A gdy jej czas ulega zakończeniu, wykonuję mój ostatni ruch tej sceny. Ruch będący kontynuacją bezruchu, krótki, szybki, dopracowany do ostatniego ułamka szczegółu gest, do którego prowadziła cała scena, cały akt, cała sztuka, cała wieczność… Młody książę-rycerz słania się, pada na deski… Jego ostrze migocze i gaśnie, dźwięk rozwiewa się, poświata zanika…

Zostaje tylko moje ostrze, wzniesione nad nim w niemym salucie, w oddaniu honoru temu, który wiernie odegrał swoją rolę aż do końca. Niech żyje król! … … …

Potem i ono gaśnie.

Otoczony mrokiem, ruszam w kierunku wrót, które znów uchylają się, ukazując pierwsze promienie świtu, wschodzącego słońca. Przechodzę przez te drzwi cienia i światła, już poza historią, rozmywając się w nich schodzę ze sceny… Kurtyna opada.

Aż do następnego spotkania. Na innej scenie, przy innej publiczności, z innym aktorem… Może to będzie i twoja scena, może i twoja rola… Nieważne. Ważna jest gra, ważna jest ostatnia odsłona sztuki. Ważny jest zawsze ten sam, Uhl Ehar Khoehng.

spisał Nikanor Alkimos